Wolimierz, gra wojenna na motywach bitwy w Ardenach 1944.


Wolimierz, wrażenia uczestników.


Mieliśmy okazję stworzyć sekcję morsów i zażyć kąpieli w potoku zimą po czym 3 godziny akcji wiec było mokro. Ogólnie REWELA !!!! a zmęczenie potworne, więc i tak nocna akcja byłaby chyba niewykonalna...
Ale stwierdziliśmy że:
1.wojna zimą jest przej.....bana
2.bycie górskim strzelcem - tylko dla orłów.
3. walka zimą, górskim strzelcem i do tego zmoczonym -- bezcenne


Dzienna akcja była potwornie wyczerpująca. Kilkukilometrowy marsz po górach, po kolana w śniegu, przeprawa przez rzekę (nie wszyscy przeszli na sucho:) ) do tego potyczki z amerykanami... nie było lekko.
Być może nocna akcja doszłaby do skutku, ale Czesi po południu zabrali grzmiące kije i wrócili do domu.
Co do samej bitwy to... większość z nas jej nie widziała Oczywiście trochę przesadzam ale to było zupełnie inne doświadczenie niż bitwa na inscenizacji. Było to kilka potyczek rozciągnięte na przestrzeni kilku godzin. Nie zawsze wszystko było widać a tylko słychać.
Założenie scenariusza było takie, że straż tylna Amerykanów opóźnia natarcie czołówki niemieckiej. Na mój gust wyszło wręcz odwrotnie .


Wyszliśmy piechotą z hotelu ok godz. 11 na tamę (AA7 i Amerykanie, FJ-ci samochodem starym koniom chyba nie chciało się łazić po górach), parę kilometrów marszu w pięknym krajobrazie i przy totalnym zdziwieniu kierowców. Po dotarciu do tamy, kilka fotek. Ruszyliśmy z tamy razem z Amerykanami: dołem oni, AA7 górą, FJ-ci czekali w zasadzce przy moście, tam dokąd mieli dotrzeć Amerykanie .


Po dotarciu pod wysadzony most Amis starli się z FJ-tami, większość z nas nie zdążyła na tę potyczkę, tylko ją słyszała (mieliśmy dalej no i trochę potrwało wyciskanie skarpet po przeprawie).


Za to potem AA7 przecięła drogę Amis, którzy poruszali się za wycofującymi się FJ-tami, (wykorzystaliśmy ukształtowanie terenu i lód przy moście do ponownej przeprawy na drugą stronę potoku), opóźniliśmy ich a potem wycofaliśmy się już razem z FJ na wzgórze (oj stromo było) z ruinami zamku.


Tam poczekaliśmy na Amerykanów, którzy zdobyli z marszu wzgórze po zaciekłej naszej obronie.


Później jeszcze nakręciliśmy króciutką scenkę z braniem jeńca i wróciliśmy najpierw z buta, a pod koniec, dzięki uprzejmości Czechów, ich samochodem do hotelu. Było po godz 17, chyba?.



Dobrze, że Traggestell 39 nie wylądowało w wodzie.Targali to na zmianę, Dorsz i KAES z pomocą Willego zresztą...
Nosidło jest super wygodne.Tylko z każdym krokiem coraz cięższe. A ,że na wszelki wypadek w puszce były konserwy nawet bardzo ciężkie. Już po drodze na Czocha gdy złapała nas zamieć rozglądałem się za miejscem w którym ją zakopię do czasu powrotu. To był moment w którym zerwało śnieg z pól wydawało się, że pada poziomo, nieźle wiało. Optymizm wrócił po chwili jak doszliśmy do zabudowań, chyba wypatrzyliśmy datę 1787, Mordon pokazał klasę i zamocował nosidło do swoich szelek. No i tak szliśmy, szliśmy, krótka przerwa na kilka łyków wody i znów szliśmy. W tym czasie organizm się przyzwyczaił i wydawało się , że możemy tak maszerować zdecydowanie dalej niż nam się wydawało 30 min wcześniej. Było nawet za gorąco na rękawiczki. Osiągnęliśmy tamę widok zaparł dech w piersiach i od tej pory było już tak cały czas, więc o widokach nie będę pisał, gdyż miejsce jest wyjątkowe.


No i zima była wyjątkowa. Z tamy mieliśmy okazję ostrzelać amerykanów. Dobra pozycja to jest to! Oni zniknęli za górą po jednej stronie rzeki, my poszliśmy drugą. Strome góry, urwiska, potknięcia i upadki przy zejściach ze stoków, odpoczynek pod górę. Oczywiście poruszamy się w dziewiczym terenie, nie ma żadnych śladów poza nielicznymi tropami zwierzyny. Śnieg po kolana. Mimo ,że można było iść dalej do miejsca gdzie było zamarznięte rozlewisko wolałem przejść na drugą stronę potoku i szybciej poruszać się w mniej stromym terenie. Woda nawet nie była aż tak zimna celowo nie użyłem słowa lodowata rezerwując je na lato. Przy dużej różnicy temperatury jest zdecydowanie gorzej. Moment szykowania się do dalszej drogi, rozgrzewanie stóp,ubieranie - bezcenne. Kierowaliśmy się na odgłosy wystrzałów, w górach nie jest to łatwe. pojawiły się pierwsze ślady wojskowych butów. Przejście przez rzekę po lodzie obok zniszczonego mostu. Potem już potyczki. Z Fabisiem leżałem 2 m od ścieżki, weszli na nas Amis, byli szczerze zdziwieni, ze tak łatwo można wpaść w zasadzkę. Co do obrony zamku to skuteczny ogień otworzyłem gdy wróg był już kilka metrów niżej. Chyba za późno, wciąż pojawiali się następni, a amunicja kończyła się w zatrważającym tempie. Nie zdążyłem doładować magazynka.
To tak w skrócie jako uzupełnienie poprzednich relacji.
Potem z górki na pazurki.


Zdjęcia nie oddadzą tego przez co przeszliśmy. Kurtki białe? Mi się wydawało, że wyglądamy jak "nieboskie stworzenia", wszystko brudne zesztywniałe od mrozu nogawki i rękawiczki.

Foto:
Marcin Ordon